Był ulubionym aktorem Edwarda Gierka

Widzowie znają go bardzo dobrze ze szklanego ekranu. Mimo, że grywał głównie drugoplanowe role były to postaci bardzo charakterystyczne. Janusz Kłosiński, bo o nim mowa, grał także dyrektora Wardowskiego w "Czterdziestolatku", a przez lata występował w słuchowisku radiowym "W Jezioranach".

Reklama

Zagrał także główną rolę Stanisława Włodka w filmie "Niespotykanie spokojny człowiek". Uchodził za ulubionego aktora Edwarda Gierka. Za to, co zrobił, zapłacił wysoką cenę. Stracił szacunek kolegów po fachu, ale także sympatię widzów.

Od dziecka miał talent aktorski

Janusz Kłosiński urodził się 19 listopada 1920 roku w Łodzi. Już jako dziecko przejawiał talent aktorski. W "Pastorałce" przypadła mu rola syna króla Heroda, którego ten kazał zamordować.

Kłosiński wychowywał się w dosyć dobrze sytuowanej rodzinie. Ojciec Kazimierz był kierownikiem w dziale zakupu w łódzkich tramwajach. Jego mama Eugenia, nazywana Żenią, nie pracowała. Po maturze Kłosiński chciał zostać lekarzem, chirurgiem i kształcić się w Wilnie. Nie udało mu się dostać tam na studia.

Wstąpił do legii akademickiej. Kiedy wrócił do Łodzi, mieszkał w niemieckiej dzielnicy. Jego sąsiadką była Niemka, która nie pałała do niego sympatią. Pewnego dnia Kłosiński wsiadł na rower i uciekł na Kresy Wschodnie, gdzie stacjonowały wojska sowieckie. Gdy skończyła się wojna, Kłosiński pracował w składnicy złomu.

Reklama

Nigdy nie ukrywał swoich poglądów

Szkołę aktorską skończył w 1948 roku. Po szkole dostał angaż w Teatrze Wojska Polskiego. To tam poznał Kazimierza Dejmka i trafił do grupy młodych aktorów prowadzonych przez reżysera. Gdy Dejmek wyjechał do stolicy, zostałem za niego dyrektorem Teatru Nowego, ale potem i tak trafiłem do Warszawy, do Teatru Narodowego. No i do filmów – wspominał.

Janusz Kłosiński nigdy nie ukrywał swoich poglądów. Plotkowano, że jest ulubieńcem Edwarda Gierka. W latach 70. był sekretarzem Komitetu Zakładowego partii przy Teatrze Narodowym. Gdy ogłoszono wprowadzenie stanu wojennego, wielu artystów bojkotowało radio i telewizję. Janusz Kłosiński nie był jednym z nich. Opowiedział się po stronie reżimu.

To jedno zdanie zniszczyło jego karierę

Aktor został poproszony o występ telewizji. Jedno zdanie, które wypowiedział przekreśliło jego karierę. Powiedziałem na antenie, że dosyć już strajków i rozkładu państwa uznanego przez wszystkie kraje świata. Wprowadzenie stanu wojennego uznałem za położeniu kresu tej nieuzasadnionej rozróbie - wspominał po latach.

Gdy po tym występie w telewizji wyszedł na scenę Teatru Narodowego w spektaklu "Wesele" widownia zaczęła klaskać i nie dała mu dalej grać. Kiedy po moim pierwszym wejściu, a było to w „Weselu” Wyspiańskiego, zaczęto klaskać, Hanuszkiewicz zapytał mnie, czy wyjdę do następnej sceny. Odpowiedziałem, że oczywiście tak. Później już nigdy więcej na scenę nie wszedłem. Nie dlatego, że poczułem się winny, ale dlatego, że moim zdaniem zbezczeszczono świątynię, teatr i wielkiego Wyspiańskiego - opowiadał.

Wyzywano go od "zdrajców"

Dla aktora to śmierć za życia - wyznał. Po tym, co się stało wielu przyjaciół odwróciło się od niego. Krzyczano za nim na ulicy, że jest zdrajcą. Nie reagował. Do końca życia pozostał wierny swoim poglądom. Gdy czasy PRL dobiegły końca, podjął decyzję, że będzie grał tylko w słuchowisku "W Jezioranach". Nie obraziłem się na nikogo. Po prostu taka była moja wola - wyznał.

Kłosiński zmarł 8 listopada 2017 roku. Ostatnie lata swojego życia spędził na wózku inwalidzkim. Nie wiadomo, kiedy i gdzie odbył się jego pogrzeb. Nikt nie wie też, gdzie został pochowany.