Dziennik Gazeta Prawana logo

To był najbardziej prestiżowy zawód PRL. "Dotknij pani, będziesz miała szczęście"

3 maja 2025, 08:02
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
Stewardessy
To był najbardziej prestiżowy zawód PRL. "Dotknij pani, będziesz miała szczęście"/NAC
Na pierwsze przesłuchanie w 1945 roku stawiło się 300 chętnych. Wybrano zaledwie sześć. Przez dekady trwania czasów PRL zawód ten uchodził za wyjątkowy i prestiżowy. Dawał możliwość podróżowania, ale do najłatwiejszych nie należał. Stewardessy, bo o nich mowa, nazywane były przez pilotów "panienkami". Kiedy szły do pracy kobiety szeptały do dzieci, zwłaszcza dziewczynek, by "dotknęły pani, to będą miały szczęście".

Początki pracy stewardessy w czasach PRL nie należały do najłatwiejszych. Jak wspomina Anna Solewska, bohaterka książki Anny Sulińskiej "Wniebowzięte. Stewardesy w PRL–u" głównie z powodu braku instrukcji jak się zachować w sytuacjach trudnych i niespotykanych.

To był najbardziej prestiżowy zawód PRL. Nie uczono ich niczego

Stewardessy czasów PRL nie były uczone na przykład udzielania pierwszej pomocy. Kiedyś podczas lotu zmarł nam pacjent. Nikt nie zauważył, że nie żyje. Wszyscy myśleli, że śpi. Gdy okazało się, że jest nieżywy, trzeba go było usunąć. Nie było żadnego specjalnego miejsca, a w instrukcji nie napisano, co robić w takich wypadkach. Zablokowałyśmy jedną z toalet i wsadziłyśmy tam tego pana. A, że te toalety były nieduże, po wylądowaniu nie mogliśmy go z niej wyjąć – opowiadała pani Anna.

To był najbardziej prestiżowy zawód PRL. Z 300 kandydatek wybrano 6

Wspominała, że kiedy zaproponowano jej stanowisko szefowej stewardess, otrzymała także propozycję zapisania się do partii. Spowodowało to domowe dysputy, bo nikt w moim domu do niej nie należał. Stwierdziłam, że skoro ciągnie mnie ta robota, to się zapiszę i zostałam kierowniczką – wspominała.

Autorka książki "Wniebowzięte" opowiadała w rozmowie z dziennik.pl, że gdy w 1945 roku wybierano sześć pierwszych stewardess, zgłosiło się ponad 300 kandydatek. Przez dekady uchodził w poprzedniej epoce za zawód prestiżowy. Dziewczyny mogły podróżować, oderwać się od szarej prl-owskiej rzeczywistości.

"Dotknij pani, będziesz miała szczęście"

Gdy stewardesa jechała do pracy autobusem w mundurze, matki, czy babcie zachęcały dzieci, aby "dotknęły pani, bo wtedy będą miały szczęście" – wspomina Anna Sulińska.

Stewardessy musiały przejść szereg testów przed komisją, która je rekrutowała. Do tych najgorszych należały testy sprawnościowe. Kręcono nimi na tzw. krześle Baraniego kilkanaście razy w prawo i w lewo. Po wstaniu z niego musiały przejść prosto po pokoju. Kiedy udało im się przejść dalej i brać udział w testach pokładowych, piloci specjalnie wykonywali takie manewry, aby dziewczyny traciły równowagę, przewracały się. Chcieli sprawdzić jak poradzą sobie z zachowaniem równowagi w trudnych warunkach, jakie mogę zdarzyć się na pokładzie – mówi Sulińska.

stewardessy-38474168.jpg
Stewardessy

Pytano też o to, jak spędzają czas wolny. Większe szanse miały te dziewczyny, które odpowiadały, że lubią spotykać się z przyjaciółmi, niż te, których pasją było czytanie książek.

To był najbardziej prestiżowy zawód PRL.. Piloci nazywali je "panienkami"

Praca na pokładzie była wyzwaniem. Pasażerowie traktowali je jak kelnerki, piloci nazywali "panienkami" albo "dziewczynkami". Po locie zapraszali je na wódkę, bo to był ich sposób na odstresowanie.

Nawet, gdy dziewczyny nie chciały pić, szły, bo nie wypadało nie pójść i udawały, że piją. Dziewczyny musiały same ustawiać skrzynie z Baltoną, czyli towarami, które sprzedawało się na pokładzie, inaczej do startu, inaczej do lądowania. Taka skrzynia ważyła ok. 40 kilogramów, a więc tyle ile często ważyły one same – wspominała Sulińska.

To był najbardziej prestiżowy zawód PRL. Tego zazdrościli im Polacy

Polacy zazdrościli przedstawicielkom tego najbardziej prestiżowego zawodu czasów PRL dostępu do zagranicznych dóbr. Pensje stewardess wynosiły równowartość średniej krajowej. Drugie tyle zarabiały w bonach i dietach w twardej walucie. Dorabiały także handlem. Z Kairu przywoziły buty i złoto, z Anglii kosmetyki Max Factora, czy kawę nescę, a z Nowego Jorku ubrania. Kierunkiem, który był nie tyle intratnym finansowo, ale ratującym niekiedy życie był Frankfurt. To tam można było dostać leki. Na lotnisku w Warszawie czekali na stewardessy często obywatele PRL z karteczkami z nazwą leku i pieniędzmi. Wręczali je dziewczynom, a one po przylocie szybko biegły do apteki i kupowały, co potrzeba.

Choć one same wiedziały, że to prestiżowy zawód i bardzo dobrze płatny, często same mówiły "stop". Wiele z nich, gdy tylko była taka możliwość, przechodziło na wcześniejszą emeryturę. Jak tłumaczyły, chciały dać szansę młodszym dziewczynom, bo one już swoje przeżyły i przelatały.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj