Był gwiazdą Niebiesko-Czarnych i Czerwonych Gitar

Krzysztof Klenczon był wielką gwiazdą czasów PRL. Współpracował z takimi zespołami jak Niebiesko-Czarni czy Czerwone Gitary. Przez rok był związany z grupą Pięciolinie. Krzysztof Klenczon urodził się 14 stycznia 1942 roku w Pułtusku. Gdyby żył obchodziłby właśnie 84. urodziny.

Reklama

O tym, że jest uzdolniony muzycznie, jego rodzice przekonali się już, gdy był dzieckiem. Klenczon studiował na wydziale budowy dróg i mostów Politechniki Gdańskiej, potem w Studium Wychowania Fizycznego. Do Niebiesko-Czarnych dołączył w 1962 roku. W 1965 założył wspólnie z innymi muzykami kultowe Czerwone Gitary.

W pewnym momencie postanowił jednak odejść z zespołu i założył Trzy Korony. Prywatnie Krzysztof Klenczon był związany z Alicją Cywińską. Ślub wzięli w grudniu 1967 roku. Owocem ich związku była dwójka dzieci. W pewnym momencie postanowili opuścić Polskę i wyprowadzić się do Stanów Zjednoczonych.

Tragiczna śmierć Krzysztofa Klenczona. Doszło do wypadku

Zamieszkali w Chicago. Tam Klenczon podejmował się różnych prac. Był m.in. kierowcą taksówki. Często koncertował. Po jednym z takich występów, doszło do tragicznego wypadku, w którym zginął.

Do tragicznego zdarzenia doszło 26 lutego 1981 roku. W Chicago odbył się koncert charytatywny, z którego dochód przeznaczony był na szpital dziecięcy w Warszawie. Oprócz Klenczona występowali też m.in. Krzysztof Krawczyk oraz Czesław Niemen. Klenczon nie czuł się zbyt dobrze, był przeziębiony, ale z występu nie zrezygnował.

"Nie minęły trzy minuty i zdarzył się wypadek"

Reklama

W rozmowie z "Gazetą Krakowską" Alicja Klenczon wspominała, że mąż był zmęczony i dlatego, gdy wracali to ona usiadła za kierownicą auta. Krzysztof drzemał na fotelu pasażera. Raptem, na skrzyżowaniu, obudził się i powiedział, że teraz on poprowadzi. Nie rozumiałam wprawdzie, po co - przejechaliśmy już znaczną część drogi. Ale zamieniliśmy się fotelami. Nie minęły trzy minuty i zdarzył się wypadek - mówiła.

Kierowca vana, który w nich wjechał, był pod wpływem alkoholu. Żona Klenczona wyszła z wypadku bez obrażeń, on przeszedł kilka operacji, ale 40 dni po wypadku zmarł. Odszedł 7 kwietnia w Saint Joseph Hospital w Chicago.

Spekulacji na temat śmierci Krzysztofa Klenczona było wiele. Nawet jego żona Alicja uważała, że wypadek mógł być spiskiem. Po wypadku jeszcze, kiedy Krzysztof leżał w szpitalu, pojechałam z tatą kupić nowy samochód, bo mustang, którym jechaliśmy, nadawał się tylko do kasacji. Kupiliśmy więc nowe auto, z salonu. Kiedy wsiadłam do niego pierwszy raz, wrzuciłam zły bieg. Zaczęłam hamować, ale hamulec nie zadziałał. Zabrali go na lawecie do salonu. Okazało się, że ktoś przeciął w nim przewód hamulcowy. Sprawą zajęła się policja i FBI - mówiła w rozmowie z "Gazetą Krakowską" w 2017 roku.

Dziewczyna, której nikt nie znał. Na pogrzebie usiadła w pierwszym rzędzie

Na pogrzebie Krzysztofa Klenczona w pierwszy rzędzie usiadła dziewczyna, której rodzina w ogóle nie znała. Kojarzyli ją natomiast koledzy Krzysztofa Klenczona. Przypomnieli sobie, jak można wyczytać z książki "Być dzieckiem legendy", że krążyła wokół niego i "była jak cień". "Policja zaczęła podejrzewać, że to ktoś na jej zlecenie uderzył w nasz samochód, sądząc, że to ja siedzę za kierownicą" - wspominała wdowa po Klenczonie. Alicja sugerowała, że mogła być agentką.

"To ja miałam zginąć, a nie on"

To mnie widzieli pod klubem, jak wsiadam za kierownicę samochodu. Może ze względu na mojego ojca? Przecież [Ryszardowi] Kuklińskiemu też dwóch synów zabili - mówiła wdowa po Klenczonie. To ja miałam zginąć, a nie on. Ten wypadek nie zdarzył się bez powodu. Od roku dostawałam anonimy z pogróżkami, żebym odeszła od męża. Często w środku nocy albo nad ranem nękały mnie głuche telefony - mówiła.

Kilka lat po śmierci męża dotarła do raportu policji, z którego wynikało, że sprawcy wypadku mieli posługiwać się fałszywymi dokumentami. Niedługo po przesłuchaniu zniknęli.