Dziennik Gazeta Prawana logo

Tuż przed wypadkiem zamienili się miejscami. "To ja miałam zginąć"

18 stycznia 2026, 09:29
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
Klenczon
Tuż przed wypadkiem zamienili się miejscami. "To ja miałam zginąć"/PAP Archiwalny
Krzysztof Klenczon był gwiazdą takich zespołów jak Niebiesko-Czarni, czy Czerwone Gitary. Gdyby żył miałby 84 lata. Niestety jego życie przerwał tragiczny wypadek. Wokół śmierci artysty narodziło się wiele teorii spiskowych. Wdowa po Klenczonie wiele razy wspominała, że "to ja miałam zginąć, a nie on". Dlaczego tak sądzi?

Był gwiazdą Niebiesko-Czarnych i Czerwonych Gitar

Krzysztof Klenczon był wielką gwiazdą czasów PRL. Współpracował z takimi zespołami jak Niebiesko-Czarni czy Czerwone Gitary. Przez rok był związany z grupą Pięciolinie. Krzysztof Klenczon urodził się 14 stycznia 1942 roku w Pułtusku. Gdyby żył obchodziłby właśnie 84. urodziny.

O tym, że jest uzdolniony muzycznie, jego rodzice przekonali się już, gdy był dzieckiem. Klenczon studiował na wydziale budowy dróg i mostów Politechniki Gdańskiej, potem w Studium Wychowania Fizycznego. Do Niebiesko-Czarnych dołączył w 1962 roku. W 1965 założył wspólnie z innymi muzykami kultowe Czerwone Gitary.

W pewnym momencie postanowił jednak odejść z zespołu i założył Trzy Korony. Prywatnie Krzysztof Klenczon był związany z Alicją Cywińską. Ślub wzięli w grudniu 1967 roku. Owocem ich związku była dwójka dzieci. W pewnym momencie postanowili opuścić Polskę i wyprowadzić się do Stanów Zjednoczonych.

Tragiczna śmierć Krzysztofa Klenczona. Doszło do wypadku

Zamieszkali w Chicago. Tam Klenczon podejmował się różnych prac. Był m.in. kierowcą taksówki. Często koncertował. Po jednym z takich występów, doszło do tragicznego wypadku, w którym zginął.

Do tragicznego zdarzenia doszło 26 lutego 1981 roku. W Chicago odbył się koncert charytatywny, z którego dochód przeznaczony był na szpital dziecięcy w Warszawie. Oprócz Klenczona występowali też m.in. Krzysztof Krawczyk oraz Czesław Niemen. Klenczon nie czuł się zbyt dobrze, był przeziębiony, ale z występu nie zrezygnował.

"Nie minęły trzy minuty i zdarzył się wypadek"

W rozmowie z "Gazetą Krakowską" Alicja Klenczon wspominała, że mąż był zmęczony i dlatego, gdy wracali to ona usiadła za kierownicą auta. Krzysztof drzemał na fotelu pasażera. Raptem, na skrzyżowaniu, obudził się i powiedział, że teraz on poprowadzi. Nie rozumiałam wprawdzie, po co - przejechaliśmy już znaczną część drogi. Ale zamieniliśmy się fotelami. Nie minęły trzy minuty i zdarzył się wypadek - mówiła.

Kierowca vana, który w nich wjechał, był pod wpływem alkoholu. Żona Klenczona wyszła z wypadku bez obrażeń, on przeszedł kilka operacji, ale 40 dni po wypadku zmarł. Odszedł 7 kwietnia w Saint Joseph Hospital w Chicago.

Spekulacji na temat śmierci Krzysztofa Klenczona było wiele. Nawet jego żona Alicja uważała, że wypadek mógł być spiskiem. Po wypadku jeszcze, kiedy Krzysztof leżał w szpitalu, pojechałam z tatą kupić nowy samochód, bo mustang, którym jechaliśmy, nadawał się tylko do kasacji. Kupiliśmy więc nowe auto, z salonu. Kiedy wsiadłam do niego pierwszy raz, wrzuciłam zły bieg. Zaczęłam hamować, ale hamulec nie zadziałał. Zabrali go na lawecie do salonu. Okazało się, że ktoś przeciął w nim przewód hamulcowy. Sprawą zajęła się policja i FBI - mówiła w rozmowie z "Gazetą Krakowską" w 2017 roku.

Dziewczyna, której nikt nie znał. Na pogrzebie usiadła w pierwszym rzędzie

Na pogrzebie Krzysztofa Klenczona w pierwszy rzędzie usiadła dziewczyna, której rodzina w ogóle nie znała. Kojarzyli ją natomiast koledzy Krzysztofa Klenczona. Przypomnieli sobie, jak można wyczytać z książki "Być dzieckiem legendy", że krążyła wokół niego i "była jak cień". "Policja zaczęła podejrzewać, że to ktoś na jej zlecenie uderzył w nasz samochód, sądząc, że to ja siedzę za kierownicą" - wspominała wdowa po Klenczonie. Alicja sugerowała, że mogła być agentką.

"To ja miałam zginąć, a nie on"

To mnie widzieli pod klubem, jak wsiadam za kierownicę samochodu. Może ze względu na mojego ojca? Przecież [Ryszardowi] Kuklińskiemu też dwóch synów zabili - mówiła wdowa po Klenczonie. To ja miałam zginąć, a nie on. Ten wypadek nie zdarzył się bez powodu. Od roku dostawałam anonimy z pogróżkami, żebym odeszła od męża. Często w środku nocy albo nad ranem nękały mnie głuche telefony - mówiła.

Kilka lat po śmierci męża dotarła do raportu policji, z którego wynikało, że sprawcy wypadku mieli posługiwać się fałszywymi dokumentami. Niedługo po przesłuchaniu zniknęli.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj